*Rozdział V*- Pastele to odcienie wspomnień...

    Spojrzał na przestarzałe od upływu lat drzwi. Długo myślał, czy to coś da, w końcu mimo słabej kondycji dziewczyny, odznacza się dość sporym uporem. Skoro była w stanie przerwać dość mocne łańcuchy, to czym byłyby dla niej spróchniałe, marne deski? Ocenił dokładnie stan wrot. Wyjął z kieszeni srebrzysty kluczyk i zamknął starannie drzwi. Odwracając się spotkało go zaskoczenie.
Stała tam jego siostra. Mierzyła go groźnie wzrokiem, a on nawet nie wiedział od kiedy. Podeszła do niego z założonymi rękami i ironicznym wyrazem twarzy.
-No, no, no... Nie poznaję cię Diego. Co to miało być, co?
- Odczep się. Zajmij się lepiej tym swoim tygrysem. Albo inaczej, pożegnaj się z nim bo wyjeżdżamy.
- Że co?! Nie masz prawa mi kazać zostawić tu Puszka! To część rodzi...
-Nie ma mowy Mo. To nie jest część rodziny. To jest t y g r y s. Tygrys rozumiesz? Zostawiasz go tu, albo osobiście dopilnuję tego, aby znalazł się tam, gdzie powinien.
-Jeżeli to zrobisz to... to doniosę na ciebie na policję!
-Litości, błagam!- powiedział sarkastycznie- wspomnij jeszcze, że jestem twoim bratem i że chciałaś wywieźć dzikie zwierzę za granicę. Mam całkowitą pewność, iż uwierzą bezczelnej gówniarze, jaką nadal jesteś!- po tych słowach dziewczyna wykrzyczała wszystkie możliwie najgorsze przekleństwa. Na koniec dodała 'nienawidzę cię' i uciekła. 
    Nie wiedzieć czemu, czuł się z tym dobrze. Z tego, że w końcu jej się postawił. Swojej młodszej siostrze. Owszem, brzmiało to głupio, ale jako człowiek nie grzeszący inteligencją, zawsze się jej słuchał. Ten paradoks nareszcie obrócił się na jego korzyść. Ale była jeszcze druga sprawa, która nurtowała go bardziej. Piosenkarka, którą porwali... w jej wzroku było coś, co sprawiło, że czuł się źle. Wyczytał w nim, że jest nikim, tchórzem. Porywając ją, w pewnym sensie stchórzył. Nie miał dość honoru, żeby dawać jej chociaż większe ilości jedzenia. Usiadł na podłodze obok drzwi piwnicy. Poczuł, że jest beznadziejny. Jego rodzina go nie cierpi, a teraz nawet siostra. A ludzie? Z ludźmi jest jeszcze gorzej. Ciągle plotkowali, robili z niego mordercę i psychopatę, którym w pewnym sensie był. Nikt go nie rozumiał. I wtedy odczuł, że jest sam. Sam jak palec, w tym wielkim i okrutnym świecie, którego był cząstką.


***

    Kolejny dzień w domu. Nic nie znacząca, nudna doba, przepełniona oczekiwaniem na jakiekolwiek informacje o jej przyjaciółce. Nie mogła nawet iść do pracy, bo stwierdzono, że
w jej obecnym stanie psychicznym praca tylko pogorszyłaby sprawę. W tym wypadku byłaby dużym udogodnieniem. Każde kolejne dni spędzone w otoczeniu tych nudnych ścian doprowadzały ją do szału. 'Violetta nie lubiła nudnych kolorów. Ona kochała pastele'- pomyślała- 'Teoretycznie mały remont by się przydał'. Jej ukochany wziął wolne, aby zająć się nią w tych szczególnych chwilach. Był dla niej poparciem, a teraz... mógłby być też osobistym remontowcem.
Pobiegła w podskokach do męża, który akurat kroił warzywa na obiad. Dosłownie wskoczyła na niego, a ten zaskoczony jej nagłą reakcją (i ciężarem) zachwiał się trzymając w ręce w połowie ukrojoną marchewkę.
-Marco, Marco, Marco!- Krzyknęła mu do ucha.
-Co, co, co?- Odpowiedział lekko oszołomiony.- Fran, kochanie, wiesz, że bardzo cię kocham... ale ciężka jesteś noo...- zrobił smutną minkę zbitego pieska. Włoszka momentalnie zsunęła się z jego pleców i bez najmniejszej przerwy wyrecytowała:
- No więc tak... tak sobie patrzę na te nasze ściany... może pomalowalibyśmy je na inny kolor?
- Niby jaki?- powiedział ze śmiesznym oburzeniem- A...ale kochanie... taką piękną mamy biel na ścianach... musimy to zmieniać?
-Oczywiście, że tak! Myślałam o jakimś pastelowym, bo Violetta- spauzowała, a wiedząc, że powiedziała to za głośno, postanowiła przyciszyć delikatnie głos -bo Violetta takie lubi...- dopowiedziała niepewnie. Jej usta w moment z szerokiego uśmiechu przebite zostały smutkiem i przykrymi wspomnieniami. Podszedł do niej i otarł jej łzy.
-Co myślisz o jasnym fioletowym?- Zapytał z uśmiechem równie pięknym, jak jej. Ucałował ją czule. Spojrzała się na niego znów tak radosna jak wcześniej.
-Będzie idealny, dziękuję.

***

    Obudził się przy stacji benzynowej. No tak, w końcu zatrzymał się tu wczoraj, aby zatankować samochód... i zasnął. Przez chwilę dochodził do tego, dlaczego nie jest w łóżku,
tylko w aucie. Gdy w pełni się ocknął, wysiadł z pojazdu i ruszył w stronę pobliskiego sklepu.
Zmęczonym wzrokiem krążył po zapełnionych półkach. Potykał się niezdarnie o połamane kafelki placówki. Wziął potrzebne rzeczy i ruszył do kasy. Ekspedientka spojrzała na niego dziwnie. Była kobietą o mocnej budowie, wzrok jej był zaś pusty i zmęczony, podobnie zresztą do niego. Chwyciła niechętnie produkty i wyceniła je z pomocą czerwonego lasera.
-Ciężka noc, hę?- Zapytała znienacka. Przybrała diabelski wyraz twarzy, tak jakby to on był największą ofiarą losu. Szczerze powiedziawszy rozbawiła go myśl, że gruba pani ze śmieszną czapeczką robi sobie z niego kpiny.
-Taa... można tak to nazwać. Do widzenia. - rzucił szybko i wyszedł ze sklepu, mając nadzieję, że więcej się już tu nie zjawi. Wrzucił zakupy do bagażnika i odjechał.
    Oddalał się coraz bardziej, a wcześniej odwiedzona stacja stawała się coraz mniejsza i mniejsza... aż w końcu znikła całkowicie z pola widzenia. León doskonale wiedział, gdzie ma jechać. Jego celem był dom Marco, który razem z Fran nie chcąc mieszkać w zatłoczonym mieście zakwaterował się w małej miejscowości nieopodal. Zdawał sobie sprawę, że będzie to wizyta o tyle trudna, że stan jego przyjaciółki jak na razie i tak był fatalny. Jechać czy nie jechać- myślał ciągle.
Miał w końcu jeszcze 5 kilometrów na podjęcie decyzji.
-Z jednej strony- zaczął mówić do siebie – Marco to moja ostatnia nadzieja na poszukiwania. Ale z drugiej nie chcę, żeby Fran się coś stało. Ona sama sobie nie da rady... ja zresztą też. W takim razie nie mam po co tam jechać... Ale pojadę- doszedł do wniosku. Stwierdził, że wyszedłby na kompletnego głupca, w końcu nie na darmo przejechał ten kawałek drogi, przespał się w aucie, nie zjadł śniadania, żeby teraz się wycofywać. 'A chętnie zjadłbym śniadanie...'- zauważył w duchu. Wyciągnął z szufladki samochodu czekoladowy batonik. Ślinka mu ciekła na samą myśl, że zaraz zje to cudo. Niestety, marny miał refleks, ponieważ z oddali wychylał się dom jego przyjaciół. Ze smutkiem włożył go z powrotem do ''schowka'' i skupił się na parkowaniu. Musiał wytężyć w sobie wszystkie umiejętności zdobyte w teście na prawo jazdy, ponieważ brukowa posadzka i rów obok garażu często sprawiały, że León wracał do domu odwożony przez pomoc drogową (bądź też rowerem Marco, co nie sprawiało szczególnej różnicy). Tym razem mu się udało, ponieważ prawa część samochodu była wręcz na krawędzi. Przerzucił szybko ciężar na lewą stronę i wysiadł. Podszedł do białych drzwi domu i zapukał złotym uchwytem do tego przeznaczonym. Z wnętrza usłyszał kroki, a już po chwili zza drzwi wychyliła się postać Franceski.
-Cześć León. Co cię tu sprowadza?- zapytała swym melodyjnym głosem z domieszką włoskiego akcentu. Ujawniał się u niej w chwilach stresujących, do których niewątpliwe ta się zaliczała.
- Jest może Marco?- odpowiedział pytaniem na pytanie. Dziewczyna pokiwała przecząco głową. Zaprosiła go do środka i zaparzyła ciepłej herbaty. Usiadła z nim przy stole i widząc, że ten nie mógł dłużej wytrzymać bez wyjaśnienia, postanowiła skrócić mu mękę.
- Marco pojechał po farbę i pędzle. Powiedział, że niedługo wróci.
- Po farbę? A zresztą, co mnie to obchodzi... Przyjechałem do niego w pewnej sprawie, chodzi o Violettę.
- Mają już jakieś wiadomości?
- Daj spokój, żadnej. W każdym razie... Marco powiedział mi kiedyś, że zna osobę, która pracuje jako szpieg... albo detektyw, już nie pamiętam.
-Ah, chodzi ci o Lucy?
- Chyba tak.
- No dobrze... To co robi Lucy bardziej podchodzi pod szpiegostwo niż legalną pracę detektywa. Zaczekaj chwilę, Marco miał tu gdzieś jej namiary...
- A nie wystarczy wizytówka?
- León, nie bądź niemądry. Jak już mówiłam, ona nie pracuje legalnie. Jest tak jakby... wszystkim po trochu... trochę szpiegiem, trochę hakerem... Sam rozumiesz.
- Chyba tak... No ale skoro tak, to gdzie ją znajdę?
- Nie mogę powiedzieć ci dokładnie, ale... zawsze znajdziesz ją w tym klubie- po czym dała mu kartkę z niezbyt dokładnym adresem. To mu wystarczyło, był wystarczająco zdeterminowany, żeby złamać prawo dla ukochanej. Grzecznie podziękował za herbatę i wyruszył w dalszą drogę. Tym razem wiedział gdzie ma się udać.


----------------------------------------------
Nowy rozdział- jeeej ;D Starałam się w nim sprostować jak najwięcej niejasności. Chciałam go wstawić wcześniej, ale oczywiście- ja geniusz- rozwaliłam komputer. Liczę na komentarze, zresztą tak jak za każdym razem xD Rozdział powstawał w przerwach między czytaniem Igrzysk Śmierci. Podziękujcie ładnie Katniss i Peecie, że mnie tak cudownie natchnęli. Iiii mogę wam obiecać, że w następnym rozdziale poznacie sobie Lucy ;x To chyba tyle, więc kończę. PAAAA ;*

*Rozdział IV* Nierozważny cios

  Pędził z prędkością, z jaką dotychczas nie odważył się jeździć. Nie interesowały go znaki, a nawet fotoradary, które co chwilę włączały się na jego widok. Mijał dobrze znane mu budowle, mieszkania znajomych i przyjaciół. Ów budynki budziły w nim niestety tylko przykre wspomnienia, związane z jego ukochaną. Zawsze trzymał przy sobie ich wspólne zdjęci. Nie rozstawał się z nim na krok, będąc w stuprocentowym przekonaniu, iż gdy zgubi zdjęcie- zgubi również Violettę. Bał się. Przerażał go fakt, że coś dzieje się właśnie Vilu, a on nie może nawet tknąć w tej sytuacji palcem. Nigdy nie znalazł się w sytuacji, w której coś mogłoby się stać jego najbliższym, dlatego też nie tryskał pewnością czy kiedykolwiek ją odnajdzie. Strach w jego głowie powoli dominował nad resztką rozsądku.

  Po chwili zastała go już tylko prosta droga. Zero budynków i śladu cywilizacji, sam piach i zachodzące słońce. Mało było takich miejsc w wielkim, zabudowanym doszczętnie mieście. Tam nie istniała żadna możliwość na chwilę spokoju. Tutaj zaś, w środowisku nie wyniszczonym przez dym zastawany w niektórych częściach stolicy, można by odpocząć od wiecznie zabieganych mieszkańców. 'Ale to jeszcze nie czas na odpoczynek, Verdas.'- pomyślał. Nadszedł ciężki okres, zresztą nie tylko dla niego.

***
  -Musimy w końcu gdzieś się przenieść- powiedziała z pewnością w głosie. W tym wypadku miała całkowitą rację, gdyby bowiem osiedlili się tu na dłużej, z łatwością zostaliby namierzeni. Jej brat pokiwał tylko głową z prześmiewczym uznaniem. Wyjął z opakowania garść paluszków, po czym wpakował je niechlujnie do ust. Nie zważając na kulturę osobistą, zaczął mówić:
- Mołim zuaniem... najlepuej byoby wyłechać z kłaju- rzekł przeżuwając jednocześnie przekąskę.
-Wiesz co? Jesteś obrzydliwy. Powiedz to jeszcze raz, ale bez żarcia w gębie, ok?- odpowiedziała z odrazą malującą się na jej twarzy. Chłopak przewrócił oczami i kontynuował:
- Powtarzam jeszcze raz. Moim zdaniem najlepiej byłoby wyjechać z kraju, wtedy problem zniknie.
-  To wcale nie głupie- zaczęła- Wiesz co? Powoli zaczynam dostrzegać, że może jesteśmy jednak spokrewnieni.- zaśmiała się. Ich rozbawienie nie trwało długo, ponieważ oboje równocześnie usłyszeli trzask dochodzący z kamiennej piwnicy. Zbiegli pospiesznie na dół. Oboje wytrzeszczyli oczy ze zdziwienia. Hukiem, który usłyszeli okazał się pękający łańcuch. Oto właśnie tuż przed nimi stanęła w całej swej okazałości porwana przez nich dziewczyna. Z jej oczu kipiała złość, nie taka zwykła, którą widuje się u ludzi złych, lecz taka, w której wyczytać można było desperację i chęć zemsty. No właśnie, zemsty... Jej wycieńczony, wygłodzony i wytłumiony umysł odrzucił od siebie wszelkie oznaki łaski. Teraz chodziło tylko o zemstę. Chwyciła skrawek belki leżącej tuż obok. Ruchy, które wykonywała były słabe i mozolne, ale któż nie reagowałby w takim stanie podobnie? Podniosła drewniany przedmiot nad głowę, chcąc wykonać ogłuszający cios.

-Przestań! Odłóż tą belkę, rozumiesz? Bo to skończy się dla ciebie źle!- Wrzasnął z nutką przerażenia, niemalże niewyczuwalną . Ona jednak nie miała ochoty po raz kolejny być posłuszna, za to zaśmiała się złowieszczo.
-BO CO? Znowu mnie uwięzicie... ale ja się nie dam! Odejdź, bo coś ci się stanie! Teraz mów lepiej, kim jesteś... eghm, kim jesteście!
- Naprawdę uważasz, że ci powiem? Nie dotarło do ciebie jeszcze, że nie masz tu nic do powiedzenia!? ZOSTAŁAŚ PORWANA, kumasz?! Nie ty tu ustalasz zasady! Jeden twój błąd, i po tobie! Odłóż tę belkę, albo...
-ALBO CO!? Jesteście idiotami!- Nerwy sięgnęły góry. Wzięła mocny zamach deską i wręcz rzuciła nią w porywaczy. Ale jej osłabione ruchy, nie miały porównania z refleksem bruneta. Szybko ją złapał i odrzucił na bok. Przerażona Violetta przysiadła na podłożu i zaczęła płakać. Deska... to była jej ostatnia nadzieja. Widząc jej rozpacz w mężczyźnie coś pękło. Być może po raz pierwszy przemówił do niego zdrowy rozsądek. Wydał rozkaz swojej siostrze, aby przyszykowała dla niej jedzenie i świeże ubrania. Ta zaś zupełnie ogłupiała poważnym tonem brata, odeszła posłusznie. W piwnicy nie było żadnego okna, schowka czy może czegokolwiek w tym guście. Prowadziły do niej jedynie długie, kręte schody, a w jej wnętrzu leżało zaledwie kilka drewien podtrzymujących kruchy sufit. Nie miał ochoty znowu zakłuć jej w łańcuchy (które zresztą były zerwane). Wiedział, że dni, które spędzą w tym miejscu są policzone, nie chciał kolejnych konfliktów z policją. Tym razem chodziło o coś więcej niż drobne kradzieże czy pobicia. Tu chodziło o prawdziwe porwanie, mało tego dla okupu. Zmierzył wzrokiem porwaną przez niego dziewczynę, która wciąż trzymała głowę w kolanach. Ni stąd, ni zowąd zrobiło mu się smutno. Odszedł, ale czuł, że ta sytuacja go odmieniała.

------------------------------------------------------------------
Nowy rozdział, młehhehehe :D Wiem, że długo czekaliście, ale tak jakoś mi się nazbierało obowiązków ;/ W każdym razie rozdział jest, pojawiły się nowe informacje... No i to chyba tyle xD Zachęcam do obserwowania i komentowania, także mojego drugiego bloga *KLIK*. Pozdrawiam ;*

*Rozdział III*- Najgorszy koszmar


  Byli tak zajęci rozmyślaniem o majątku, jaki dzięki niej zdobędą, że przestali dostrzegać przerażenia i smutku w oczach Violetty. Siedziała skulona pod ścianą i długo płakała. Nie wiedziała ile już tam jest i co się z nią działo zanim się obudziła. Czy ktoś w ogóle jej szuka? A może po prostu już o niej zapomnieli... To doprowadziłoby ją do skraju rozpaczy. Nikt zapewne nie pofatygowałby się, aby ocalić życie kobiety, która ''zostawiła'' swojego męża i przyjaciół tuż przed ślubem. Pewnie poczuli się oszukani... Znienawidzili ją. Zalana potokiem łez zasnęła w samotności na twardym podłożu kamiennej struktury. Myślała dlaczego akurat ją musiało to spotkać. Co w końcu zrobiła źle? Skoro nie ona miała być początkowo porwana, to kto? Ludmiła? A może Francesca? Kogo jeszcze chcieli skrzywdzić? Boże... Przecież to brzmi jak najgorszy koszmar.

   Z sekundy na sekundę stawała się coraz słabsza, od środka wyniszczał ją potworny głód. Po kilku dniach, podczas gdy rodzeństwo robiło swoje, ona powoli traciła świadomość. Jej stłumiony od braku bieżącego pokarmu umysł całkowicie ignorował czas spędzony w kamiennej melinie. Płakała teraz regularnie, co każdy wieczór. Wciąż walczyła z uciążliwymi kajdanami ściskającymi jej nadgarstki. Od pewnego czasu była tam sama, a przynajmniej tak jej się wydawało. Stępione zmysły nie były w stanie uchwycić żadnego dźwięku, ruchu, a obrazy które przeplatały się przed jej wzrokiem z każdym dniem stawały się coraz bardziej rozmazane, ślepe. Marniała w oczach, schudła, a pod jej powiekami dało się zobaczyć okropne wory. Przy życiu trzymała ją jedynie nadzieja, że jutro wszystko będzie już w porządku, obudzi się obok Leóna, wyjdzie za mąż i zacznie piękne, cudowne życie u jego boku. Rzeczywistość nie była jednak taka różowa. W pewnych momentach wydawało się jej, że umiera. Wtedy jednak opcja śmierci wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Nareszcie zakończyłby się ten potworny ból, który rozszarpywał ją od środka. Nie musiałaby już nigdy więcej płakać, rozmyślać o tym, co by było gdyby...

   -Ej, pora wstawać księżniczko!- Krzyknęła do niej blondynka, trzymając jednocześnie małego tygryska w swych ramionach. - Trochę nam tu zmarniałaś, masz- powiedziała rzucając w jej stronę torbę foliową, w której znajdowały się podstawowe produkty spożywcze, takie jak chleb i woda. Violetta błądziła ręką po brudnym podłożu, usilnie próbując znaleźć ów zawiniątko. Widząc, że jej starania zejdą na niczym, porywaczka wsadziła jej ją prosto do zakutych rąk.
  


   -Co za sierota- Parsknęła odchodząc- Puszek, chodź! Ciebie też trzeba w końcu nakarmić...- Widząc, że coraz bardziej się oddala, Vilu łapczywie chwyciła za pierwszą kromkę chleba i zaczęła szybko jeść, jakby od tego posiłku zależało jej życie. Właściwie to właśnie tak było. Kiedy poczuła, że jest już najedzona (Co ostatnio nie zdarzało się prawie w ogóle) przeszła do otworzenia małej butelki wody. Krople subtelnie nawilżały jej suche wargi. Zostawiła sobie zapasy tego jakże skromnego pożywienia, ponieważ zdawała sobie sprawę, że szybko podobnego nie otrzyma.

***

  -Jak to, nadal nie wiecie gdzie ona jest!?- Wrzasnął do policjanta.
-Niech się pan uspokoi. Robimy wszystko co w naszej mocy, aby odnaleźć pana narzeczoną. Ale musi pan zdać sobie sprawę z tego, że panna Violetta Castillo jest już pełnoletnia i miała prawo... po prostu od pana odejść.- odpowiedział bez cienia zainteresowania w głosie. León nie potrafił wytrzymać. Za każdym razem słyszał to samo, wypowiadane TYM SAMYM tonem. Nikogo nie obchodziło czy ona w ogóle jeszcze żyje. Przez tydzień sprawdzali nagrania z monitoringu, więc pewnie przez następny będą ustalać osoby się tam znajdujące. Ale wtedy będzie już za późno. Bóg wie, co z nią teraz robią? Albo raczej robili... Wybiegł z biura funkcjonariusza, trzaskając jak najmocniej drzwiami. Chciał przez to zaznaczyć,że nie może już dłużej zwlekać, nie wtedy, gdy jego ukochana jest w niebezpieczeństwie. Postanowił, że znajdzie ją, choćby miałoby już być za późno. Rozpoczął sprawę na własną rękę i miał zamiar ją dokończyć, nieistotne jak.

  ***

  Trzymała w dłoniach ich wspólną fotografię. Miały wtedy po siedemnaście lat... piękne czasy. Dobrze pamiętała, że spędzały ze sobą każdą wolną chwilę, czy to w szkole, czy poza nią. Po jej policzku spłynęła łza, którą zauważyła dopiero wtedy, gdy poczuła wilgoć na zdjęciu. Zaraz za jej śladem poszły kolejne, wywołując koszmarny płacz, który był u niej niespodziewanie rzadko spotykany.
Do jej uszu dobiegł dźwięk telefonu. Podbiegła do kuchni i podniosła słuchawkę:

-H-halo? - Zapytała ochrypłym od szlochu głosem.
-Francesca? Kochanie, bo ja odnośnie tych zakupów... A tak w ogóle to co się stało z twoim głosem? Wszystko gra?
-T-tak Marco... No dobrze, nic nie jest dobrze...- odpowiedziała niepewnie.
- Słuchaj, wracam do domu. Zakupy zrobimy kiedy indziej, już do ciebie jadę.
-D-dobrze- Po tych słowach wybuchła ponownie burzą emocji zbierających się w niej przez ostatnie kilka tygodni. Położyła się bezsilnie na podłodze i zaczęła się turlać po dywanie jak jakaś wariatka. Uderzała pięściami w aksamitny dywan i pytała sama siebie, dlaczego to akurat jej przyjaciółka musi cierpieć... Leżąc nadal na dywanie schowała głowę w dłoniach. Więź jaka łączyła ją z Violettą, była wręcz nie do opisania. Czuła się tak, jakby straciła całą swoją rodzinę, a przecież chodziło o jedną, szczególną osobę.

  Nie mogła dłużej wytrzymać. Sięgnęła do małej etażerki znajdującej się tuż przy samym łóżku. Otworzyła małą szufladkę, gdzie znajdowało się opakowanie z tabletkami uspokajającymi. Zawsze brała po jednej i to w chwilach, kiedy była zestresowana, a takich dni było niewiele. Ale tym razem coś w niej pękło. Wysypała na swoją dłoń kolejno jedną, drugą, trzecią... aż w końcu całe pudełeczko. Przełknęła z trudem ślinę. Zrobiła znaczący ruch ręką, który miał przypieczętować koniec koszmaru. Jej tragicznemu planowi zapobiegł Marco, który przed momentem wkroczył do domu. Widząc swoją żonę z garścią tabletek w ręce zareagował gwałtownie:

-NIE! Francesca, nie zgodzę się rozumiesz!?- po czym wytrącił jej chemię z zaciśniętej dłoni. Przytulił ją mocno, a ona zaczęła płakać tak żałośnie, jak jeszcze nigdy dotąd. Położyła głowę na jego ramieniu, mocząc mu przy tym koszulkę.
- Dziewczyno, co ty chciałaś zrobić? Przecież ja bym tego nie przeżył, gdybyś... gdybyś to zrobiła.- Powiedział półgłosem. Był wręcz przerażony sytuacjami, które go otaczały. Najpierw Violetta, teraz byłaby to i Francesca..
- J-ja już tak nie mogę Marco, rozumiesz? Nie dam rady tak dłużej. To jest koszmar, a ja nie potrafię sobie z nim poradzić... Nie chcę tak dłużej. Po prostu nie wytrzymam...
- Jestem przy tobie- starał się ją uspokoić- A dopóki jestem, nie pozwolę, żeby coś złego ci się stało, rozumiesz? Nie pozwolę...

--------------------------------------------
Miał być rozdział, to jest :D  Jak się podobał? Był odrobinę dłuższy niż poprzednie, więc chyba dobrze, no nie? Następnego nie spodziewajcie się tak szybko, bo jestem w połowie... tytułu xD Pozdrawiam :*

         
         




*Rozdział II*- Jesteśmy bogaci!


       Leżała zemdlona jeszcze przez kilka minut. Po otworzeniu swych pięknych, już rozmazanych od makijażu oczu, ujrzała kamienne ściany, zapewne jakiejś jaskini lub coś w tym guście... Chwila, jakiej jaskini? Przypomniały jej się wszystkie dotychczasowe wydarzenia. Przypatrzyła się sobie uważnie. Nie miała na sobie już pięknej, białej sukni ślubnej, tylko najzwyklejsze ubrania, które nosiła na co dzień. Od momentu samego uderzenia w głowę nie kojarzyła nic. Myśli w jej głowie były niewyraźne, nie trzymały się kupy, były po prostu niechronologiczne. Kolejnym zaskoczeniem był dla niej fakt, że jest przypięta do drewnianego słupa, podtrzymującego skalną konstrukcję. To było dla niej zdecydowanie za dużo. Co z nią dalej będzie? Gdzie jest, i czy kiedykolwiek ktoś ją znajdzie? A- A może nie zdąży... I zostanie znaleziona martwa? 'Kobieto, ogarnij się i zacznij myśleć!'- Stwierdziła w duchu. Rozpoczęła uciążliwą walkę z łańcuchem, który krępował jej ręce. Nagle usłyszała tupot ciężkich butów. Poczuła, że robi jej się gorąco, była przerażona. Gwałtownie odrzuciła od siebie łańcuch, a twarz odwróciła do ziemi. Znajdowała się pozycji, w jakiej została pozostawiona. Udawała nieprzytomną. Stwierdziła, że to jedyny sposób, aby dowiedzieć się czegoś sensownego. Nie myliła się- Już po chwili usłyszała następujący dialog:

-Co masz zamiar z nią teraz zrobić, hę?- Odezwał się kobiecy głos.
- Nie wiem, dobra?! Jeszcze nad tym nie myślałem... - Tym razem do jej uszu dotarł dźwięk niski, najprawdopodobniej należał on do mężczyzny. Wyglądało na to, że byli wspólnikami.
- A kiedykolwiek nad czymś myślałeś?- Rzekła z wyraźną ironią.
- Pff... Powiedziała egoistka, która od towarzystwa ludzi woli tygrysy. A tak w ogóle- To ona nie może tu dłużej zostać, bo nas w końcu namierzą...
-A jak na to wpadłeś geniuszu?- Odgryzła się. Kiedy znowu chciał poruszyć temat zwierząt, warknęła 'Zamknij się'. Powoli zaczęła się oddalać, a odgłos jej kroków stawał się coraz bardziej cichy. Jednak już po chwili jej obraza minęła i przybiegła wraz ze swym ''pupilem'', którym okazała się wcześniej wspomniana odmiana dzikiego kota. Na odgłos pomruku, uwięziona i wycieńczona poruszyła się lekko, aby rozluźnić zwiotczałe mięśnie. Niestety, ten gest nie umknął porywaczom.

-Czekaj, ona się poruszyła! Budzi się, zrób coś!
-Ale co!?
-Rusz chociaż raz w życiu tym pustym łbem! Puszek robi się niespokojny!
- Egh! Głupszego imienia dla tygrysa, to już chyba nie mogłaś znaleźć...- Wtedy chłopak podszedł do niej i odwrócił ją w stronę sufitu. Otworzyła swoje piękne, kasztanowe oczy. Ukazało jej się oblicze przystojnego szatyna. Był dobrze zbudowany i wyglądał na wysportowanego. Nie było więc sensu uciekać, bez problemu by ją dogonił. On zaś wyglądał na zdziwionego.

-Cholera! To nie ona!
-Gratulacje geniuszu, po raz kolejny udało ci się wszystko spieprzyć!- krzyknęła dziewczyna, po czym przyjrzała się jej uważnie. Zrobiła wielkie oczy i przeklęła pod nosem.
 -Wiesz-powiedziała-Może nie wszystko jeszcze stracone... Przyjrzyj się jej, kogo widzisz?- Chłopak myślał przez dłuższą chwilę przyglądając się uważnie niedoszłej pannie młodej. Na jego twarzy zmalowało się zdumienie. Teraz faktycznie sprawy nabrały obrotu. Owszem- porwali nie tę osobę co trzeba, ale zyskali dużo więcej niż się spodziewali. Wyszczerzyli usta w szyderczym uśmiechu. W końcu ich starania nie poszły na marne, za to zaszły o wiele dalej. 

-P-przecież to...
-Ehem. Domyśl się tylko ile szmalu na niej zarobimy! W końcu spłacimy długi, puszek będzie miał co jeść! 
-I tak w końcu by cię zżarł.- Rzucił z ironią.
-Ha,ha bardzo śmieszne. Człowieku, to jest Violetta Castillo, kapiszi? Zdajesz sobie sprawę, jaki okup za nią dostaniemy!? Stary, już jesteśmy bogaci!

---------------------------------------
No i jest, drugi rozdział :D Trochę dramatycznie, Vilu nie będzie miała łatwo w tym opowiadaniu xD  Tak obliczyłam, że to już ostatni z krótszych rozdziałów (Chyba xD) . Chciałabym wam baaardzo podziękować za wszystkie komentarze, bardzo mnie cieszy, że opowiadanie wam się podoba :* Zachęcam do obserwowania i dalszego komentowania :) Pozdrawiam i jeszcze raz ciepluchno dziękuję!